Jeśli życie daje ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę-korzyści z bezrobocia

Jeśli życie daje ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę

„Jeśli życie daje ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę”

powiedziała nie jaka Joan Collins. Z twarzy kojarzę tę osobę, ale nie wymienię filmów, w których się pojawiła, nie wymienię jej dorobku filmowego, po prostu nie jest osobą ważną w moim życiu. Ale jej słowa dodawały mi otuchy, kiedy nie mogłam znaleźć pracy. Nie uwierzycie, ale byłam bez pracy zarobkowej przez okres DZIEWIĘCIU miesięcy. Niezły okres czasu, prawda? Tyle przecież trwa ciąża, to prawie roczny wycinek z mojego życia. Czy aby na pewno do tego tak podchodzę? Czy można wynieść coś pozytywnego z perspektywy braku pracy?

Krótko o poprzednim miejscu pracy

Pracowałam w poprzednim miejscu pracy przez okres dwóch lat. Sama aktywność bardzo mi się podobała, była to praca z klientem, z elementami administracyjno- biurowymi, a przez chwilę pracowałam również jako koordynator do spraw promocji szkoły. Ponieważ pracowałam właśnie w szkole językowej. Rozwijałam się tam, uczyłam, co rusz nowych rzeczy, zyskałam kompetencje miękkie i twarde. Na pewno nie byłoby to możliwe gdyby nie zaufanie dyrektora szkoły, który ufał mi i dał mi dużo wolności.

Nie do końca jednak dogadywałam się z moimi koleżankami z biura. Nie wiem czy było to spowodowane różnicą charakterów, nieumiejętnym zarządzaniem biura przez kierowniczkę, jej brakiem umiejętności komunikacji z drużyną, milionem niewypowiedzianych słów. Ale w pewnym momencie czułam się tam źle. Czułam się oceniana, czułam, że chcą mi coś wszystkie powiedzieć, ale nie mówią.

W tamtym momencie miałam też problemy osobiste, co na pewno też zawarzyło na tej współpracy. Miałam ponad dwutygodniową przerwę, z dnia na dzień, dzięki uprzejmości szefa. Czułam wówczas ich wsparcie, ale dzieliła nas jakaś przepaść. Do tego doszły zmiany w szefostwie poziom wyżej, którzy wprowadzali zmiany, niekoniecznie na plus.

Zdecydowałam się odejść. Miałam z mężem wówczas swobodę finansową. Sama, z własnej woli, postanowiłam zaprzestać pracy. Popracować nad sobą, dać sobie czas. Ale nie planowałam, że rozciągnie się to tak w czasie.

Koniec Poznania = koniec pracy (?)

Z pracy zrezygnowałam ostatniego dnia sierpnia. Kuba postanowił pracować do końca roku, a później planowaliśmy przeprowadzkę do jego rodziców, by mógł rozkręcać swój biznes. Nikt już w październiku nie chciał mnie zatrudnić, bo za krótki okres czasu miałam pozostać w Poznaniu.

W małym miasteczku u Kuby rodziców, byłam pełna nadziei, że znajdę pracę. Może nie konkretnie tutaj, ale w mieście obok. Wysyłałam CV, ale panowała głucha cisza. I tak przez okres trzech miesięcy. Później postanowiliśmy jednak wyprowadzić się do większego miasta, aby zwiększyć szansę na podjęcie pracy. I tak znaleźliśmy się w Toruniu. Tu pojawiły się rozmowy kwalifikacyjne, ale bez podpisania umowy. Dzień, w którym zadzwonił telefon, że dostałam pracę to dzień siódmego czerwca.

Jeśli życie daje ci cytrynę, zrób z niej lemoniadę

Postanowiłam wykorzystać ten czas bez pracy na rozwój osobisty. Czułam gorzko- słodki smak przez cały okres trwania mojego bezrobocia, ale zrobiłam w tym czasie mnóstwo rzeczy dla siebie. A inwestycja w siebie, to najlepsza inwestycja, jaką możesz sobie sprawić. Mimo kwaśnej cytryny, której smak czułam na języku przez okres dziewięciu miesięcy, postanowiłam sprawić sobie lemoniadę. Słodką, smakowitą, o zupełnie innym smaku, niż kiedykolwiek piłam.

  1. Nauczyłam się włoskiego

Nie jestem na poziomie zaawansowanym, oceniam się na poziom A2/B1. Ale do wszystkiego doszłam sama. Nie byłam w szkole językowej, na korepetycjach z studentką byłam kilkukrotnie, bo później czekała nas przeprowadzka do teściów. Korzystałam codziennie z Memrise, zakupiłam książki do nauki gramatyki języka, zaczęłam oglądać Peppa Pig po włosku, znalazłam ciekawe kanały na youtube w tym języku. Na początku, w tym zakresie pracowałam naprawdę dużo. Potrafiłam spędzić w książkach i przy powtórkach dobre osiem godzin dziennie, czekając na męża. Stopniowo jednak dodawałam nowe aktywności w moim życiu na bezrobociu. Jak to brzmi..  Tak czy siak, nie zrobiłabym tego, będąc na etacie. Nie miałabym tyle czasu, siły i energii. Teraz, znając podstawy, nie potrzebuje już tylu godzin na naukę.

  1. Przeczytałam bardzo dużo książek z zakresu rozwoju osobistego

Wreszcie przeczytałam książki, które zalegały mi na półce od miesięcy, ze względu na brak czasu. Wreszcie zdobywałam wiedzę, która tak bardzo mnie interesowała. Dowiadywałam się nowych rzeczy na temat motywacji, technik uczenia się, asertywności, siły nawyków. Byłam podekscytowana tą nową dawką wiedzy. Czułam niedosyt. Jednak nie mogłam pozwolić sobie na zakup nowych książek, trzeba było odpowiedzialnie zarządzać budżetem świeżo upieczonego małżeństwa bez żadnych przychodów. Postanowiłam polubić się na nowo z biblioteką. Stamtąd przynoszę do dnia dzisiejszego książki, które są moimi mentorami.

  1. Obejrzałam seriale, które bardzo chciałam obejrzeć

Wiecie doskonale wszyscy jak ciężko jest znaleźć czas na rozrywkę, kiedy pracuje się na etacie. Kiedy trzeba znaleźć czas na obowiązki domowe, spędzić czas z rodziną. Nawet, gdy się jest mistrzem organizacji, nie da się wydłużyć doby. I tak, racjonalnie przydzielałam sobie czas, na ten typ rozrywki. Wybierałam seriale wartościowe, takie, z których mogę wyciągnąć jakąś wiedzę na przyszłość.

  1. Szlifowałam swoje umiejętności kulinarne

W kuchni zawsze dobrze się czułam. Co prawda bardziej z piekarnikiem u boku, niż z kuchenką, ale lubię jeść, więc zawsze coś tam dziergałam. W tym czasie, mogłam w końcu doszlifować moje risotto, żeby wychodziło idealnie. Wychodzi? Wychodzi. Przynajmniej na mój gust. Robić lasagne wege, aby płaty makaronowe w końcu były w punkt. Przygotować szakszukę na śniadanie, tak, abym była z niej dumna. Przyrządzić dania takie, aby smakowały dzieciom zamieszkiwanym u teściowej. To był największy wyczyn. Są bardzo przyzwyczajeni do kuchni mamy. W związku z tym nauczyłam się przygotowywać parę pozycji z jej repertuaru, ale osiągnęłam też sukces, bo smakowały im moje burgery wege. A to są urodzeni mięsożercy. Udało się jednak.

  1. Ustaliłam swoje cele, nauczyłam się mówić głośno o swoich potrzebach, wypisałam listę swoich marzeń

Na to zawsze brakowało mi albo czasu, albo odwagi. Nie potrafiłam przyznać się przed sobą, jakie tak naprawdę skrywam marzenia i pragnienia. Jakie są moje preferencje, takie osobiste, takie z serca Marty. Nie takie, które dobrze wyglądają przed całym światem. Przed mamą, koleżankami, i całą resztą. Na przestrzeni czasu, prowadząc notatki, pisząc o sobie coraz więcej, potrafiłam odpowiedzieć sobie na większość pytań, na które jeszcze przed rokiem nie znałam odpowiedzi. Miałam na to po prostu czas. I energię.

  1. Lepiej zarządzam pieniędzmi

Nigdy nie miałam problemu z pieniędzmi. Nie jestem rozrzutna, nie działam spontanicznie widząc spodnie w sklepie, które zdają się być miłością mojego życia. Przede wszystkim nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, co bardzo ułatwia mi prowadzenie budżetu domowego.

Ale odkąd przyszło nam żyć bez przychodów, opierając swoje wydatki tylko na oszczędnościach, to podeszłam do tematu jeszcze bardziej odpowiedzialnie. Zaczęliśmy zbierać paragony, prowadzić budżet finansowy, Kuba skończył właśnie czytać „Finansowego ninję”, a ja sprzedaje chmarę niepotrzebnych rzeczy, które zbierają u nas tylko kurz, a komuś się jeszcze mogą przydać.

Może nie będę nigdy żeńską wersją Michała Szafrańskiego, bo czasami uważam, iż przesadza. Niemniej zarządzanie finansami daje mi spokój ducha i zdecydowanie wpływa na jakość mojego życia. Naszego życia. I pewnie gdyby nie ta sytuacja, nie zainteresowalibyśmy się tym tematem. A taka wiedza to zdecydowanie inwestycja na przyszłość.

  1. Nauczyłam się doceniać rzeczy małe

Oczywiście, że nie zawsze wstawałam rano i mówiłam: „Boże, dziękuję Ci za tę cytrynę, którą mi zesłałeś, dzięki temu mogę zrobić sobie lemoniadkę! Dziękuję, że mam chociaż mieszkanie, i dość pieniędzy by żyć w ten sposób”. Czasami miałam dołka, porównując się do wszystkich obok. „Oh jestem taka beznadziejna, każdy ma pracę, wszyscy mają jakieś zajęcia, a ja nie mam pracy zarobkowej”. Ale zaraz za to myślą, myślałam sobie właśnie, że jak cudownie mieć ten czas tylko dla siebie, inni o takowym czasie marzą. Ja mam swobodę, wolność, której tak wiele ludzi potrzebuje.

Cieszyłam się z tego. Cieszyłam się, że mogę rano wstać, kiedy Sheldon smacznie chrapie. Usiąść na fotelu, pomedytować, pomodlić się. W spokoju zjeść śniadanie, pójść do stolika i zacząć uczyć się włoskiego. Później pójść na dłuższy spacer z psem, nie patrząc na zegarek. Może i nie mogłam kupić sobie w tym czasie nic nowego, ale na nowo odkrywałam piękno rzeczy już kiedyś przeze mnie kupionych. Odkrywałam przyjemność w rzeczach małych.

  1. Poczułam się silniejsza

Ta sytuacja nie była łatwa. Z tyłu głowy zawsze siedziała perspektywa, że w końcu oszczędności się skończą. Że coś jest chyba ze mną nie tak, że nie mogę znaleźć tej pracy. Że może za dużo wymagam. Że na pewno okropne rzeczy myśli już o mnie moja rodzina, Kuby rodzina, nasi przyjaciele. Na pewno wyglądam w ich oczach szaro. Ale zyskiwałam siłę, z każdym na nowo poznanym czasem w języku włoskim, z każdą na nowo przeczytaną książką, z każdą zapełnioną kartką w moim dzienniku, z każdą rozmową z Kubą, po każdym spacerze z Sheldonem.

Nie mogłam się załamywać, musiałam zmienić podejście do tej sytuacji. Wyciągać z niej to, co najlepsze. I to zrobiłam. Przez ten czas wzrastałam w sile, poznawałam siebie, czując się coraz silniejszą. Jeśli udało nam się przetrwać teraz, bez przychodów, w stresie i z całą gamą wątpliwości i lęków to przetrwamy i później. Jako związek i jako jednostki osobno.

 

Życie, a raczej Bóg, zesłał mi jakąś kwaśną cytrynę, ale myślę, że tak musiało być. Nie było to nic, co byłoby dla mnie, dla nas, zbyt ciężkie, zbyt kwaśne. Miałam z tego coś wynieść, i wydaję mi się, że wyniosłam, że zrobiłam swoją lemoniadę. Mogłam się załamać, albo poświęcić ten czas na coś wartościowego. Ale tak jak mówiłam już, to nie było łatwe. To nie sprzyjało momentami poczuciu mojej wartości, pewności siebie. Ale teraz czuję się silniejsza.

A Wy mieliście kiedyś tak kwaśną cytrynę na języku, że czuliście, iż jej nie przełkniecie? Zrobiliście z niej lemoniadę, czy do dnia dzisiejszego wasze kubki smakowe czują tę kwasowość?

Dodaj komentarz